Kalendarz wydarzeń
Pełny kalendarz >
Kontynent Warszawa. Warszawa Wielu Kultur
Dodał: |
Mamadou Diouf

Wokalista i dziennikarz pochodzący z Senegalu i mieszkający w Polsce, z wykształcenia lekarz weterynarii, śpiewa w języku wolof, po polsku i francusku. Współpracował między innymi z Voo Voo, np. na płycie Zapłacono oraz zespołem Tam Tam Project. Współtworzy senegalski zespół Djolof-Man, czyli trio w składzie: Pako Sarr, Mamadou Diouf, Mohamed M'bow (djembe , gitara i wokal). Związany z Afryka.org - portalem działającym na rzecz poprawy wizerunku Afryki. Mamadou jest także korespondentem portalu Kontynent Warszawa - informującego o różnorodnych przejawach wielokulturowości w Warszawie.

„Szkoła powinna dążyć do tego, by młody człowiek opuszczał ją jako harmonijna osobowość, a nie jako specjalista”. Podobno te słowa wypowiedział sam Albert Einstein. Tu pojawia się pytanie: na czym polega ta harmonia osobowości? Można powiedzieć, że osobowość to myśli, uczucia i zachowanie w określonym miejscu. Sposób, w jaki reagujemy w obecności innych ludzi, wchodzimy w interakcje z nimi. To wzajemne oddziaływanie jest tu kluczowe. W skrócie – jaki jest nasz charakter, jaka jest nasza mentalność, nasza maniera?

Targowisko rysów i kolorów


Kolor jest ważnym elementem. Dotyczy wielu sfer, takich jak ubiór, malarstwo, zabawki, fauna i flora na czele z kwiatami, wreszcie matka natura i świat. W relacji z drugą osobą przykuwa uwagę, choć na dobrą sprawę kolor oczu, włosów czy skóry nie mówi o nas nic. Skąd u niektórych bierze się przekonanie, że kolor decyduje o istocie człowieka? Zastanawiająco jest to, że jedni redukują drugich do samego wyglądu, do koloru, zwłaszcza do koloru skóry i niekiedy włosów.
Kolor i barwa jako słowa są synonimami. Czy kolor skóry i rysy twarzy zasługują na taką popularność? Na takie znaczenie i taką powagę? U niektórych – tak. Prowadzą do prostej i szybkiej oceny, która rzadko bywa trafna. Wyobrażenie zastępuje analizę, pada szybki wyrok, prowadząc do kategoryzacji i zaszufladkowania spotykanej osoby. Ten fenomen chowa się w zakamarkach serca i umysłu lub – jak kto woli – rozumu. I to trwa chyba od początku świata, od momentu, kiedy człowiek zauważył odmiany w swoim gatunku.

Mamy świadomość, że wygląd coś o nas mówi, że jest najbardziej dostępną cechą osobowości. Cechy fizyczne nigdy nie determinują charakteru, bo nie pokazują wnętrza człowieka. Nikt nie chce być redukowany do wyglądu. Mądrość ludowa mówi o tym od zarania dziejów. Przysłowia przypominają proste zasady: „nie szata zdobi człowieka”, „nie sądź książki po okładce”, „nie wszystko złoto, co się świeci”, „pozory mylą”. Ważne jest to, co człowiek sobą reprezentuje, a nie to jak wygląda. Nie można sugerować się pierwszym wrażeniem, bo uczciwość każe ocenić drugą osobę dopiero po czynach, po bliższym poznaniu. Człowiek jest po prostu taki jak jego czyny i myśli.
Wygląd bywa źródłem wiedzy. Wydawałoby się logiczne, że zachowanie powinno być najważniejszym źródłem poznania drugiego człowieka. Niestety nie jest. Co więcej, niektórzy są święcie przekonani, że w ocenie drugiej osoby wygląd odgrywa kardynalną rolę. Kształt nosa to magiczna encyklopedia, która wszystko nam powie, nawet nie trzeba zadać pytania. Rysy i kolor skóry mają takie znaczenie, na które nie zasługują. Na targowisku rysów i kolorów nie ma atlasów i globusów. Państwa i kontynenty nie istnieją. O geografii niektórzy może słyszeli, ale nikt jej nie traktuje należycie. Można nawet ryzykować tezę, że jeden kolor jest tam nieznany: czarny. Na tym targowisku mówi się o ludziach białych, żółtych i nawet czerwonych. Mówi się o „Murzynach”, bo określenie „Czarny” zniknęło z języka. Umknęło tylnym wyjściem; jakimś cudem uciekło ze słownika.


Gdzie są bezbarwni ludzie?

Tęcza zawiera podstawowe kolory. Wśród nich nie ma białego i czarnego. Czy te kolory istnieją? Oczywiście, że tak. Pewien starzec opowiedział mi kiedyś piękną anegdotę: kiedy wszystkie barwy tęczy spotykają się w jednej windzie (niech będzie to nasza magiczna winda), powstaje kolor biały. Suma wszystkich kolorów to właśnie definicja bieli. Krótko mówiąc, jest to najbardziej kolorowa barwa. Gdy wszystkie kolory uciekną z naszej magicznej windy, z czarodziejskiego kapelusza wyskakuje czarny. Czarny to po prostu brak koloru. Zdziwiłem się i pomyślałem: jakim cudem czarny człowiek jest „kolorowy” w oczach białych ludzi? Dlaczego biały kolor uważa siebie za „standard”, choć jest sumą wszystkich kolorów. Co za tupet! Może moje pytanie było zbyt filozoficzne, dlatego czeka wciąż na sensowną odpowiedź.
Gdzie są bezbarwni ludzie? Pobawmy się przez chwilę w taką grę, jak dzieci, które uwielbiają gry. Dorośli wiedzą o wielu nieprawdziwych faktach, utopiach i bzdurach. Kiedy tylko dowiadują się, jak wygląda rzeczywistość, zmieniają zdanie. Stosują w związku z tym zupełnie inne, nowe konstrukcje językowe, by opisać tę nową rzeczywistość. Ziemia nie jest jednak płaska. Wieloryb jest ssakiem. Nietoperz nie jest ptakiem. Komunizm nie jest dla ludzi. Pasożyty i wirusy nie mają narodowości. Polak nie może być faszystą, bo ta ideologia gnębiła jego przodków. Takie przykłady można mnożyć w nieskończoność.
Wszyscy ludzi są kolorowi. Nie ma standardowego koloru. Jeżeli biały jest sumą wszystkich kolorów, a czarny oznacza ich brak, to który z nich jest „kolorowy”? Nie bójmy się logiki.

Czemu służy szkoła?

Szkoła powinna być przyjazna człowiekowi, szczególnie młodemu, bo wychowuje go i kształtuje. Warto pamiętać o tym, że miejsce to miało zawsze ważne zadanie opiekuńczo-wychowawcze. Czego człowiek potrzebuje, by zwiększyć swoje szanse znalezienia pracy? Wiedzy i odpowiednich umiejętności. Przecież młody człowiek ma też w przyszłości funkcjonować w społeczeństwie. Dlatego szkoła powinna dbać o kształtowanie postaw wobec najbliższego otoczenia, względem rzeczy, ludzi i norm.
Na koniec ta instytucja zapewnia podstawowe potrzeby fizyczne i duchowe dziecka. Kto nie pamięta wycieczek do różnych ciekawych albo po prostu ważnych miejsc kultury danego regionu czy kraju? Zwiedzanie zamków, muzeów, miejsc symbolicznych dla regionu bądź historii kraju. W taki właśnie sposób szkoła organizuje czas wolny, co jest bardzo ważnym aspektem rozwoju osobowości dzieci i młodzieży.

Rodzina przy pomocy właśnie szkoły, religii i podwórka robi z nas dobrych lub złych obywateli. Szkołą nie da się zastąpić rodziny w procesie wychowania, ale mimo to odgrywa ona ważną rolę. Gdzie są utrwalone w młodych umysłach oficjalna historia oraz pamięć narodowa? To szkoła serwuje nam historię kraju i kształtuje nasz stosunek do niej, tym samym do innych narodów i grup etnicznych, szczególnie sąsiadów. Aby współpraca między domem a szkołą była owocna, musi opierać się na zaufaniu i otwartości. Gdy dom zakłamuje realny obraz świata, pozostaje liczyć tylko na szkołę. Tu rodzi się pierwsze pole konfliktu – nierzadko dochodzi do starcia dwóch modeli wychowania.


Kiedy szkoła przegrywa ze stereotypami

Pracownicy szkoły dzwonią do rodziców w różnych sprawach. Dziecko dokucza lub znęca się nad innym. Nie odrabia prac domowych, źle się zachowuje, miało wypadek… albo problemy z innymi dziećmi lub częścią klasy. Wytykanie, wyszydzanie bywają zabawą dla grupy, ale dla danego ucznia czy danej uczennicy są męką.

Kiedy rodzina siedzi przy stole, przebywa na spacerze, ogląda telewizję, dorośli czasem coś tłumaczą dzieciom. Na pytanie „Dlaczego…?” nie wszyscy mają odwagę odpowiedzieć „Nie wiem”. Wstyd przyznać się do luk w wiedzy o innych! Tak kiełkują różne historie o świecie. Opowiadają je tata, mama, wujek, ciocia, sąsiad, dziadek czy babcia. Może starsze rodzeństwo. Jeśli do tego dodać podwórko, to zamyka się krąg, który konkuruje ze szkołą. Tu krążą od zawsze opowieści o sąsiadach (jacy oni są źli, gorsi, mają dziwne tradycje itd.). Tak działają stereotypy, nazwane czasem żartami, dopóki nas nie dotyczą. Można „dowalać” innym na wszelkie możliwe sposoby. Taka kołysanka dla własnych kompleksów prowadzi do uproszczeń i nadmiernego uogólnienia. Słowem – kłamstwa (skoro sprzedane jako fakty) na temat innych wywierają silny wpływ na zachowania członków grup, w tym dzieci. Tak utrwalamy uprzedzenia wobec ludzi spoza własnej grupy. To się kłóci z tym, co oferuje szkoła. Stereotypy są gotowcami, wzorami przyswajanymi bez zastanowienia i konfrontowania z rzeczywistością.

Znajdą się odnośniki, które dodają kolor i wiarygodność. Padają słowa wysłuchiwane od pokoleń i przyjmowane z szacunku czy według pewnej hierarchii obyczajowo-kulturowej: „Niemcy są tacy, Żydzi byli tacy, Arabowie robią tak, a Afrykanie i Polacy są tacy”. Stereotypy mają moc i władzę. Pochodzą z diabelskiej krainy, gdzie nie ma już cudów, bo wszystko tam jest takie „oczywiste”. To poważne okaleczenie młodych umysłów, bo stereotypy nie uczą myślenia. Dziecko kategoryzujące podlega swojego rodzaju deprawacji? Dziecko powinno widzieć dzieci – niech one będą grube, chude, czarne, białe, marudne, niepełnosprawne itd. – i skupić się na tym, że są rówieśnikami. Wiadomo, że podczas zabawy dzieci dzielą się na grupki. Tu następuje naturalny podział oparty o przedmioty służące do zabawy czy zainteresowania: lalki, piłki, samochody, balony… Za podziały oparte na wyglądzie winić należy dorosłych.

Jaka alternatywna instytucja oferuje młodemu człowiekowi tak szeroką wiedzę o człowieku? Wiedza ta nie będzie pełna, dopóki różnorodność nie będzie uznawanym tematem w szkole. Wielokulturowość jest ważnym elementem nauczania w szkole nowych czasów. Natomiast stereotypy są solidnie zakorzenione w tradycji, rodzinach czy nawet obecne w miejscach kultu. Z pewnością są one obce szkole.

Niestety dziecko jest zawsze „produktem” miejsca urodzenia i wychowania, co odczułem osobiście. Ostatnio odebraliśmy sporo telefonów do nowo otwartego Centrum Wielokulturowego w Warszawie. Były to prośby o pomoc, głównie od nauczycieli szkół podstawowych, ale też przedszkoli, gdzie uczą się dzieci o różnym pochodzeniu. Wszystkie dotyczyły zachowania jednych dzieci wobec innych. Te drugie miały różne pochodzenie albo ich rodzice przyjechali z bliska (UE) lub daleka (z Azji lub Afryki). Kim jest dziewczynka, która mówi tylko po polsku? Nie musi być wcale Polką? Może być Murzynką dla innych dzieci, a nawet dla dorosłych. Tak się zdziwiła moja córka, kiedy w przedszkolu słyszała, jak chłopiec z grupy mówił do niej „Murzynka”.

„Mój tata jest Senegalczykiem”, „moja mama pochodzi z Warszawy”, „mój tata pochodzi z Kolumbii lub Wietnamu”, „moja mama pochodzi z Hiszpanii”, Ukrainy lub Nowej Zelandii… Dzieci są w stanie przekazać rówieśnikom takie informacje i to już w przedszkolu. Tymczasem to rodzice formatują je i przekazują, używając inwektyw i poniżających słów, bo przecież bajki z dziecięcych kanałów telewizyjnych – które mają duży wpływ na słownictwo najmłodszych – nie uczą tak degradujących określeń. Dzieci wołają kolegów i koleżanki z klasy, używając imion. Inne słownictwo – „żółtek”, „białas”, „murzyn” – kierują automatycznie do najbliższej rodziny. Nie wymyślają ich samodzielnie, ale też skąd je znają, gdzie się z nimi spotykają? To nie demony czy diabły podpowiadają takie określenia, tylko dorośli!

Rozmawiałem niedawno na rynku we Wrocławiu z pewną dziewczynką, która bardzo chciała mieć koleżanki z innego kraju. Nazywa się Samiloby. Jej ojciec pochodzi z Surinamu, a mama jest Polką. W tym roku Sami poszła do pierwszej klasy w jednej ze szkół we Wrocławiu. Jest tam jedynym czarnym dzieckiem i ze względu na to spotykają ją niemiłe komentarze ze strony innych dzieci. Spotkałem tę uroczą, bardzo radosną dziewczynkę po koncercie na placu Solnym. Mama ją wspiera, ale w domu jednak często jej smutno z powodu docinków. „Kiedy zaczął się wrzesień, każdego wieczoru Sami mówiła mi, że boi się i nie chce chodzić do szkoły, że nie czuje się tam dobrze jako jedyna osoba czarna” – powiedziała mi mama Katarzyna.

Samiloby poprosiła kiedyś: „Mamuś, a możemy poznać inne dzieci, które są do mnie podobne?”. Katarzyna zaczęła szukać rodziców, których dzieci mają podobne problemy. Po apelu mamy na Facebooku zdarzyła się rzecz magiczna, całkowicie nieoczekiwana. Zaczęli do Sami pisać nie tylko rodzice z Wrocławia, z Polski, ale także z Anglii, Francji, a nawet Egiptu, Kuby i Stanów Zjednoczonych. Udało się nawiązać bardzo fajne kontakty.

Polskie radio o kolorowych dzieciach

Taki niefortunny termin pojawił się na stronie Polskiego Radia w tytule „Kolorowe Dzieci: spotkania, które uczą tolerancji”, który sugeruje, że kolorowe dzieci spotykają dzieci „bezbarwne”. Tytułowi towarzyszy obrazek, na którym znajduje się dwoje uśmiechniętych dzieci: biała dziewczynka i czarny chłopiec. Takiego obrazu nie można opisać jako spotkanie dziewczynki z kolorowym chłopcem. Jakiego koloru jest ten chłopiec? Ile tęcza ma kolorów? Czy u tego chłopca są wszystkie kolory? Dziewczynka spotyka tęczowego chłopca? Nie. Co więc znaczy „kolorowe dziecko”, „kolorowa osoba”?

Rzeczy mogą być bezbarwne. Lakier, szkło, okulary to typowe przedmioty, do których stosuje się przymiotnik „bezbarwny”. Życie też może być bezbarwne – bez niespodzianek, prezentów, spontanicznych pozytywnych elementów. To szara, nudna egzystencja, którą rządzą podstawowe potrzeby. Smutne kocha bezbarwne z wzajemnością. Jak można uczyć tolerancji i nie dbać o tak elementarną sprawę, jaką jest słownictwo? Słowa są ważne nie tylko w dyplomacji i umowach. Jeszcze ważniejsze są one w zwykłych relacjach pomiędzy ludźmi. Zacznijmy więc od słów, nazw, terminów i innych określeń.
„Bezbarwny” to nie „biały”. A jednak… W czasach głębokiego rasizmu w USA i RPA czarnych, innych „niebiałych”, nazwano kolorowymi. Świat o tym wie, więc myślałem, że tak poważna instytucja jak Polskie Radio też o tym wie. Jak można w jednym zdaniu umieścić słowa „kolorowe” – z głębokich czasów podziału rasowego w USA i RPA – obok słowa „tolerancja”? Tolerancja (życzliwość jest o niebo lepszym podejściem) powinna się koncentrować na wieku tych młodych ludzi. To dzieci. Czemu więc nie dano w tytule: spotkanie dzieci? Podkreślenie koloru skóry tylko jednej grupy dzieci to już katastrofa.

Niepotrzebne słówka

Słowa potrafią redukować osobowość i wręcz poniżać. Deptanie czyjejś godności ma także negatywny efekt zwrotny; w pewnym stopniu zaraża umysł tych, którzy chełpią się brakiem szacunku do innych wykorzystując poniżające słownictwo. To działa jak bumerang. Osoba trafiona słowem jest w zupełnie innej sytuacji niż rzucająca. W gorszej, rzecz jasna. W języku francuskim – i innych językach krajów najpierw handlujących ludźmi, później kolonizujących – od końca średniowiecza słowa określające ludzi pochodzących z Afryki Subsaharyjskiej ignorują geograficzne pochodzenie, negują ich historię. Skupiają się wyłącznie na wyglądzie. Obraz tych osób redukuje się do koloru i przede wszystkim do punktu „patrzenia” świata zachodniego. A to niesamowicie skracało pole widzenia i za tym – sposób myślenia.

Język francuski zapożyczył kiedyś z języka portugalskiego słowo negr. Było to w roku 1529. To były czasy handlu czarnymi niewolnikami. Negr – Murzyn i noir – Czarny od tamtych czasów funkcjonują w słownictwie. Wszystko zmieniło się radykalnie w XVIII wieku. Negr nabrało negatywnego charakteru. Mniej określało już sam kolor skóry, bardziej podkreślało stan niewolniczy. Encyklopedia Guillaume’a Raynala traktująca o historii dwóch Indii (L'Histoire philosophique et politique des établissements et du commerce des Européens dans les deux Indes, Raynal, Amsterdam 1770) pokazuje dobitnie, że negr to niewolnik, a „Czarny” to wolny Afrykańczyk. Czarny był neutralnym terminem.

Rewolucja francuska z kolei wymyśliła termin „kolorowy”. Podobno chodziło o to, by znaleźć określenia nieograniczające jedynie do koloru skóry. Przypominają mi się lata 90’ ubiegłego wieku i polskie „ciemnoskóry”, „czarnoskóry” – niby lepsze od słowa „Murzyn”. 

Maur, murzyn, negr (czarnuch), kolorowy… To wszystko określa człowieka z Afryki lub osobę, której dalekie pochodzenie jest afrykańskie. Wszystkie te słowa, zamiast uznać tożsamość drugiej osoby, redukują ją do koloru lub innych kryteriów negatywnych, jak „dzikus” w kontekście kolonialnym. Wielu Polaków uważa, że „Bambo” jest przesympatycznym słowem, a sam wiersz Tuwima to wspaniałe dzieło. Wszystko się zgadza, ale, jak pokazuje życie, punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Nawet od pochodzenia.

Źródła podają, że „Słowianin” w językach zachodnich, łacińskich oznacza „niewolnik”. Na pewno Wikingowie i Arabowie handlowali Słowianami. A skąd wzięło się słowo określające tych ludzi? „Instynktownie, w poczuciu narodowej dumy, oczekujemy, że zasługujemy na coś więcej, niż tylko na miano historycznego zagłębia dla skandynawskich łowców niewolników” – pisze archeolog Zdzisław Skork.

I tu pamięć zaczyna szwankować. Pamięć nie tylko Słowian, ale też innych mieszkańców kontynentu europejskiego. „Murzyn” w języku polskim znaczyło „niewolnik”. Jakim cudem zmieniło znaczenie? Dlatego przetrwały do dziś takie powiedzenia jak: sto lat za Murzynami/robić za Murzyna/Murzyn robił swoje, Murzyn może odejść. Dlatego też w języku polskim nie znajdziemy innych powiedzeń, z pozytywnym użyciem słowa Murzyn. Historycznie istnieje dużo podobieństw między słowami Murzyn a Słowianin. Może się wydawać, że są synonimami, skoro określały kiedyś ludzki towar. Dzisiaj jedynie „Murzyn” nawiązuje do tamtych czasów. „Słowianin” dla Szweda czy Duńczyka stracił swoje dawne pejoratywne znaczenie. A ile z tego niewolnika zostało w polskim słowie „Murzyn”?

Mulatka czy Polka

Moja 6-letnia córka już w przedszkolu nie chciała, by mówiono na nią Murzynka. Jej matka jest Polką. Człowiek, który zna tylko jeden język, musi być narodowości tego języka. Dziecko, które mówi tylko po polsku, musi być Polakiem. Tak sugeruje rozsądek. Dorośli jednak mają swoje zdanie na ten temat. Wystarczy, że jeden z rodziców ma inne pochodzenie niż polskie i zaczynają się schody, grzebanie i kombinowanie. Nie tylko rysy robią z nas Marsjan, Senegalczyków, Japończyków czy Polaków. Najważniejszym kryterium jest kultura, z którą dana osoba czuje się związana. Tylko ten aspekt jest wart rozważania. Wygląd jest pewną cząstką skomplikowanej całości (tożsamości). Dużo elementów mówi o nas, ale pozostaje pełnym obrazem tylko dla leniwych umysłów.

Jeżeli szkoła będzie pozytywną przeciwwagą do rozmów przy kieliszku i dzieciach w niektórych domach, to w sercach i umysłach dzieci będzie mnie stereotypów. Gdyby tylko szkoła uwzględniła różne poziomy zachowania: kompleks wyższości indywidualnej lub grupowej, wyrażony prywatnie, w rodzinie lub miejscu publicznym; zachowania, które uzasadniają i utrwalają brak akceptacji w różnych miejscach; gdyby szkoła – wiedząc o tym, że rasistowskie poglądy są głęboko zakorzenione w wielu społecznościach, w ich ideologiach oraz wartościach religijnych, politycznych i kulturalnych – mogłaby (powinna) o tym rozmawiać w klasach. Taka zmiana może być przyczynić się do lepszego uczenia się i zmniejszenia liczby konfliktów w klasie, szczególnie w takiej, w której są dzieci o różnym pochodzeniu. Czym jest szkoła, która nie interesuje się relacjami między uczniami? Uczyć i wychowywać – szkoła powinna łączyć te dwa podstawowe zadania. Szkoła bez wychowania traci na wartości.

Warto poczytać pozostałe > Mamadou Diouf

Zalety imigracji

W związku z wycofaniem się (poddaniem) partii politycznych i rządów oraz w dużej mierze w wyniku manipulacji mediów imigracja pojawia się stopniowo i jednoznacznie jako zjawisko negatywne. Imigranci stają się odpowiedzialni praktycznie za wszystko: terroryzm, bezrobocie i stagnację płac, nieudaną integrację (złośliwie utożsamioną z wielokulturowością) itd. Nie wystarczy już kontrolować czy ograniczać imigrację, trzeba ją zatrzymać. Tak chcą nie tylko ksenofobiczne ideologie w Europie.

Temat uchodźców i migrantów gości w domach, na ulicy, na uczelniach, nie mówiąc już o Internecie. Niektóre portale (np. Wyborcza.pl) zamykają możliwość komentowania pod tekstami o uchodźcach z powodu wyjątkowo agresywnych treści propagujących przemoc, sprzecznych z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, etnicznej i wyznaniowej. Od kilku miesięcy króluje moda na niechęć religijną. Tam, gdzie trwają kampanie wyborcze, klasa polityczna chorobliwie udaje, że nie ma korzystnej, dobrej strony imigracji, ani z punktu widzenia ekonomii, ani tym bardziej kultury. Ostatnio znaczna większość klasy politycznej idzie na łatwiznę (pełną hipokryzji), a nawet kłamie, rozpowszechniając opinie na temat skutków imigracji.

Dawniej i dziś

Człowiek jest istotą mobilną. Wszystko w nim jest aktywnością. Nie chodzi jedynie o sport, lecz także myślenie, prokreację, pracę, a nawet odpoczynek. Bez migracji nie byłoby cyfr arabskich (tak naprawdę indyjskich), nie byłoby chrześcijaństwa w Europie (św. Paweł w naszych czasach nie dotarłby z Bliskiego Wschodu do Rzymu, tylko utknął na tureckiej granicy).

Są miejsca i kraje wysoko rozwinięte, które tożsamość zawdzięczają właśnie migracjom. Żadne inne państwo na świecie nie ma tyle wspólnego z migracją co USA. Kraj ten został stworzony przecież przez imigrantów. Powtarzające się raz na kilkadziesiąt lat fale napływu nowych osadników pozwoliły rozwijać się pierwszym koloniom, które z czasem buntowały się i zorganizowały samodzielnie nowe ciało polityczne.

Do USA trafiają migranci ze wszystkich kontynentów. Z różnych krajów europejskich (Polska, Niemcy, Wielka Brytania, Włochy, Rosja) oraz azjatyckich (głównie z Chin). Do tego także licznie napływają narody Europy Wschodniej, Afryki oraz Ameryki Południowej i Środkowej. Taka fala migracyjna trwa od początków XIX wieku aż po czasy dzisiejsze. Wiek XX był okresem największego w historii Stanów Zjednoczonych ruchu imigracyjnego. Rekordowa były 90. ubiegłego wieku, kiedy przybyło i legalnie osiedliło się tam blisko 11 milionów obcokrajowców! Prawda jest taka, że Stany Zjednoczone zarówno wtedy, jak i dzisiaj potrzebują imigrantów. Bez nich rozwój amerykańskiego przemysłu (w którym imigranci to tania siła robocza) i handlu byłby niemożliwy. Powstający kraj stał się więc nie tylko ziemią obiecaną dla żądnych przygód, ale również niespotykaną dotąd mieszanką kultur, ras i tradycji. Ludzie współtworzący rodzący się właśnie naród amerykański pochodzili ze wszystkich kontynentów. Czarni niewolnicy mieli swój szczególny wkład jako darmowa siła robocza. Każda grupa etniczno-narodowa dołożyła swoją cegłę w tworzącą się wówczas mentalność przyszłych pokoleń, które zbudowały nowe imperium.

Drugim przykładem jest Kanada. Ten kraj nadal przoduje wśród państw najchętniej wybieranych na emigrację, biorąc pod uwagę możliwość pracy dla obywateli i stałych rezydentów oraz wysoką tolerancję wobec osób imigrujących.

Stany Zjednoczone i Kanada pokazują odmienną filozofię niż ta, która obecnie rządzi w wielu krajach Europy. Imigracja jest przydatna tam, gdzie ambicje gospodarcze sięgają wysoko. Od czasów Adama Smitha (jego dzieło „Bogactwo narodów” wydane w 1776 roku – wydanie polskie w 1954 roku – jest uważane za pierwszą próbę analizy naukowej zjawisk ekonomicznych) ekonomiści są zwolennikami przyjmowania imigrantów na rynek pracy. Wszystkie badania statystyczne potwierdzają korzyści takiego działania.

Przemyt ludzi

Nie chciałbym tu pisać o przemytnikach, nie da się jednak ominąć tego trudnego (amoralnego) tematu. Wielu zarabia na nielegalnej migracji. Skąd uciekają imigranci i uchodźcy? Do Europy wiedzie kilka szlaków przemytniczych. Jeszcze 10 lat temu główny prowadził na należące do Hiszpanii Wyspy Kanaryjskie. Imigranci z Mauretanii i Senegalu przemierzali go na dużych łodziach rybackich.

Żeby rozbić siatki przemytników, konieczna jest współpraca z państwami, w których oni działają. W Libii nie ma teraz z kim rozmawiać, to kraj upadły. A przemyt ludzi to wielki przemysł. Wraz z handlem ludźmi to dwa najbardziej zyskowne biznesy, bardziej dochodowe niż przemyt narkotyków. Jakie są stawki przemytników? Samo przepłynięcie z Libii przez Morze Śródziemne kosztuje 1–1,3 tysięcy euro.

Jak podaje włoska gazeta „La Repubblica”, gangi przemytników imigrantów, wysyłające ich w bardzo ryzykowną podróż przez Morze Śródziemne do Europy, mają konta w bankach w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Izraelu i Norwegii, inwestują też ogromne sumy w Dubaju. Włoski dziennik, powołując się na materiały śledczych i podsłuchy rozmów telefonicznych, opisał finansowy mechanizm procederu przerzutu ludzi, który jednej tylko międzynarodowej szajce, rozbitej właśnie na Sycylii, przynosił roczne obroty w wysokości około 100 milionów euro. „Sztab” całej operacji znajduje się w Libii, skąd wypływają łodzie, pontony i kutry pełne imigrantów z wielu krajów Afryki oraz Bliskiego Wschodu.

„To przerażające sumy z wieloma zerami”, powiedział jeden ze śledczych, cytowany w gazecie. Zwrócił uwagę na łatwość, z jaką handlarze ludźmi otwierają konta i lokują na nich pieniądze pochodzące z przestępczego procederu.

Zabierają nam pracę

Przekonanie to opiera się na tym, co nazywa się „bryłą mitu pracy”, lub błędnym przekonaniu, że istnieje stała liczba dostępnych miejsc pracy. Wolny rynek to przede wszystkim konkurencja na różnych poziomach. Duże i małe firmy walczą o przetargi i klienta… człowiek walczy o zatrudnienie jedynie swoimi kwalifikacjami, dobrym przygotowaniem zawodowym.

Konkurencja pojawia się w naszym życiu społecznym. Mężczyzna, który chce zdobyć względy kobiety, nie musi fizycznie eliminować wszystkich osobników męskich w pobliżu. Nigdzie na świecie nie ma takiej opcji. Konkurencja nie polega na tym, aby usuwać innych. Zakochany kandydat stara się urokiem, inteligencją, osobowością zdobyć serce ukochanej. Promuje siebie jako najlepszy wybór. Podobnie jest z innymi dziedzinami życia społecznego, także dotyczącymi pracy.

Co to znaczy, że obcy zabierają nam miejsce pracy? Czego tak naprawdę obawia się tubylec, który ma przewagę języka miejscowego? Jeśli jest wykwalifikowany, dobrze wykształcony, zawsze będzie miał przewagę. Tradycje, klimat, kuchnia, nowe otoczenie… obcemu nie jest tak łatwo w nowych warunkach. To jest ta wartość dodana rodowitego mieszkańca, jego ogromna przewaga. Nie mówiąc już o języku, który stanowi dużą barierę, szczególnie kiedy jest mało znany na świecie. Polski pracodawca, potrzebujący pracownika znającego języki obce, nie zatrudni kogoś miejscowego, niezależnie od tego, czy w pobliżu jest imigrant czy nie. On przecież szuka zdolności i umiejętności. Tak na marginesie – chyba tubylec nie boi się konkurencji na rynku sprzątania ulicy?

Kraj docelowy zarabia

Państwa na świecie – USA, Kanada, Australia, Niemcy i wiele innych – muszą odnosić korzyści, skoro zapraszają ludzi, często wykształconych, kosztem obcych budżetów. Migracja jest korzystna i ma sens, bo jest źródłem zysków. Nie trzeba być wybitnym znawcą ekonomii, by tę oczywistość dojrzeć. Pytanie brzmi: ile jest tej korzyści? Jaki jest społeczny bilans imigracji? Jakie są jej zalety?

Pierwsza natychmiastowa korzyść z przyjazdu imigrantów to „import” dorosłych ludzi gotowych do pracy od pierwszego dnia przyjazdu. Bez kosztów edukacji imigranta. Często jest to młoda, energiczna siła umysłowa i fizyczna gotowa do usług dla społeczeństwa przyjmującego. Kraj docelowy musi jednak zapłacić za dostosowanie się przybyszów do nowego miejsca, nowej kultury. Słowem – społeczeństwo przyjmujące inwestuje w politykę integracyjną.

Liczyć potrafią wszystkie państwa. Minimalne koszty, maksimum zysków, dodatnie saldo… Tymi kategoriami miasta, regiony i kraje kierowały się dawniej, w sprawie imigracji ekonomicznej. Tradycja ta pozostała. Jedynie w sprawach uchodźstwa świat myślał trochę inaczej, kierując się nieco sercem. Ostatnio w obecności kamer telewizyjnych rządy zaczęły wycofywać się z tej altruistycznej filozofii. Tendencja ta gwałtownie traci punkty na europejskich giełdach.

W krajach docelowych najczęściej debaty, dyskusje i kontrowersje wokół imigracji dotyczą podstawowych pytań o koszty i zyski. Idealna sytuacja to taka, przy której imigracja przynosi same profity i zero lub prawie żadnych kosztów. Cały ten proces ma sens jedynie wtedy, gdy imigrant coś „przynosi”, ale nic nie kosztuje. Jak zwiększyć zyski (szczególnie ekonomiczne) i minimalizować koszty (przede wszystkim społeczne i kulturowe)? To pytanie przewija się wszędzie, gdzie rozmawia się o imigrantach. Nie mówmy tu o zwykłych wydatkach, np. na rzecz rodzin wielodzietnych, młodzieży czy starszych osób. Tu szukamy zasadniczo środków dla danej grupy wiekowej.

W przypadku imigrantów pojawiają się dodatkowe wątki. Koszty i zyski polityki migracyjnej są brane pod lupę i oceniane. Pytanie o to, czy imigranci mają być ulokowani w danym mieście, czy regionie, jest tylko pozornie techniczne. W rzeczywistości mowa jest o zasadności przyjmowania ludzi, o samej polityce migracyjnej danego rządu.
Wielka Brytania zarabia na imigrantach. Dzięki tym z krajów Unii Europejskiej co sekundę do brytyjskiej kasy państwowej wpadają 463 funty, jak informuje organizacja Rapid Formations. Nawet po odjęciu kosztów, jakie brytyjski rząd musi wydać w związku z obecnością imigrantów na Wyspach, przyjezdni obywatele krajów członkowskich generują zysk netto w wysokości 55 funtów na sekundę. Komentując wyniki raportu, eksperci podkreślają, że większość imigrantów z krajów UE – głównie Polski, Hiszpanii i Francji – nie wpisuje się już w stereotyp niewykwalifikowanego pracownika. Badania pokazują, że obecnie jedna trzecia tych przyjezdnych, którzy na Wyspach osiedli w 2013 roku, posiada wysokie kwalifikacje i zasila szeregi wyższej kadry kierowniczej. Jak twierdzi prezes Rapid Formations – James Howell, wyniki badania pokazują rozmiar korzyści, jakie płyną z przyjazdu imigrantów na Wyspy. „Obywatele krajów Unii są nie tylko lepiej wykształceni niż Brytyjczycy – zarabiają również dużo więcej pieniędzy. Dzięki temu napędzają gospodarkę, przyciągając zagranicznych inwestorów, zakładając firmy i w efekcie tworząc miejsca pracy” – przekonuje Howell.

„W niektórych krajach imigranci są potrzebni jak woda i tlen. Z ekonomicznego punktu widzenia nie mamy innego wyjścia, tylko musimy pogodzić się z koniecznością przyjmowania imigrantów” – podaje Mateusz Walewski, starszy ekonomista PwC. – „Nam imigranci są potrzebni jak woda i tlen. Liczba osób najbardziej produktywna w wieku między 25 a 40 lat w Polsce w ciągu najbliższych 20 lat spadnie z 14 do 11 milionów. Możemy coś naprawić polityka prorodzinną. Imigranci są rozwiązaniem”.

Która nacja nie ma diaspory?

Niech będzie taki apel. Ciekaw jestem, ile nacji wyjdzie przed szereg. Kto w Polsce nie ma krewnego na Zachodzie lub innym kontynencie? Nawet USA dają „nielegalnym” imigrantom możliwości jawnego osiedlenia się. Jest to efekt polityki, która polega na wydawaniu amerykańskich paszportów nielegalnym imigrantom, którzy przebywają na terenie USA już od jakiegoś czasu, przyjęli amerykańskie wartości i posługują się językiem angielskim. Przestańmy traktować imigrantów tylko jako koszt i zacznijmy wyliczać, ile mogą oni wnieść do polskiej gospodarki i polskiej kultury. Taki apel podpisaliby z pewnością nasi sławni emigranci. Maria Skłodowska-Curie, Fryderyk Chopin (Francja), Karol Wojtyła (Watykan), Zbigniew Brzeziński (USA), Zbigniew Boniek (Włochy) i Robert Lewandowski (Niemcy)… Ta lista jest wyjątkowo długa.
Drenaż mózgów, tania siła robocza, wędrówka ludów afrykańskich, germańskich, słowiańskich, mongolskich, muzułmanów, chrześcijan, żydów, uchodźców, zwykłych migrantów ekonomicznych… Świat widział wszystko. Krótko mówiąc, ludzkie plemiona wczorajsze i współczesne wszystkich kontynentów szukały i dalej będą szukać mitycznego Eldorado. Kraina bogactwa zmienia miejsca mniej więcej co 5 wieków. Europejczycy szukali jej kiedyś w Ameryce, dziś Afrykanie i Azjaci szukają jej w Europie. Gdzie będzie za kolejne pół tysiąclecia?

 

Czytaj dalej >

Ubezpieczona Strefa imigrancka

Uważaj na urząd skarbowy bardziej niż na policję – tak mi kiedyś powiedział dobry znajomy. Po latach wydaje mi się, że zapomniał on dodać, że poza tym nikt jeszcze nie wygrał z ZUS-em. Nie miałem pojęcia, co to za instytucja. Brzmi to dziwnie, ale tak było. Nigdy nie byłem zatrudniony na etacie. Rozsądek szeptał: „Chłopie, co to emerytura ZUS-owska dla imigranta?”. 

Ponad pięć lat temu złapałem zły pociąg w biegu. Czasem tak jest, kiedy człowiek się spóźnia, ale wiedząc, z którego peronu rusza jego pociąg. Miał być kierunek do Zakopanego. Okazało się, że to był ekspres do ZUS-u. Tak się zaczęły schody, okropna gimnastyka finansowo-ubezpieczeniowa.

Czytaj dalej >

Po III Forum – co dalej?

Uczestniczyłem w wielu panelach, konferencjach, warsztatach. Większość była zorganizowana przez organizacje pozarządowe, ale także przez administrację publiczną. Ostatnie Forum odbyło się w Warszawie. Dotyczyło polityk migracyjnych trzech polskich miast: Krakowa, Lublina i Warszawy. Właśnie w tej kolejności odbyły się robocze warsztaty w tych miastach; za każdym razem na zaproszenie głównego partnera Forum w osobie jednej organizacji pozarządowej. Interkulturalni, Homo Faber i Fundacja Inna Przestrzeń.

Trzeci sektor ma swoje zasługi w rozwoju demokracji, spraw społecznych i wielu innych nietypowych rzeczy do załatwienia. Czasem zastanawiam się, czy gdyby w średniowieczu istniał ten sektor, Galileusz miałby solidnego mecenasa i obrońcę przed władzą kościelną. Skuteczność działań NGO-sów w niektórych sprawach nie ma sobie równych.

Czytaj dalej >

Imigracja widziana z dala

Migranci i rozwój

 

Kiedy poruszamy temat migracji, skupiamy się na dwóch rzeczach. Co społeczeństwo przyjmujące, jako gospodarz może zrobić na rzecz integracji przybyszów. Po drugie, co sami imigranci powinni robić, by ich przyjęcie odbyło się bezkonfliktowo.
Dziś chcę nawiązać do oczekiwań zupełnie z innej strony. Od strony rodzin samych imigrantów. Czego oczekuje rodzina, która najczęściej finansuje wyjazd, o czym myślą ci, którzy zostali w tak zwanych państwach trzecich.
Co migranci robią, by pomóc w rozwoju miejsc urodzenia. Temat migracji i rozwoju w ogóle nie jest podjęty w Polsce.

Czytaj dalej >

Nie dać się barierom

Każdy, kto podróżuje wie, jaka jest pierwsza bariera, gdy dociera do nowego miejsca. Wiadomo, tubylcza mowa oczywiście!

Nie jest żadną przyjemnością dla dorosłego, stać się nagle niemym, z powodu bariery językowej. Teraz czas na zagadkę: język uniwersalny, ani angielski, ani esperanto. Co to za język? Odpowiedź brzmi: język ciała – rąk i twarzy, czyli gestykulacja. Ona pomoże pewnie w niektórych sytuacjach. Niestety nie nadaje się do wyrażania bardziej subtelnych pytań, ale i potrzeb życiowych lub spraw przyziemnych. Szczerze mówiąc, nie umiałbym, jako nowo przybyły migrant Polakowi zadać pytania: „gdzie jest Urząd do Spraw Cudzoziemców, moja tygodniowa wiza się kończy”.
Język to podstawowe narzędzie, nie tylko  integracyjne.

Czytaj dalej >

Skomentuj

Ogłoszenia
Aktualności
Archiwum

Projekt ‘MIEJSKI SYSTEM INFORMACYJNY I AKTYWIZACYJNY DLA MIGRANTÓW’ jest współfinansowany z Programu Krajowego Funduszu Azylu, Migracji i Integracji oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW realizowany był w ramach programu Obywatele dla Demokracji, finansowanego z Funduszy EOG.

Projekt LOKALNE POLITYKI MIGRACYJNE - MIĘDZYNARODOWA WYMIANA DOŚWIADCZEŃ W ZARZĄDZANIU MIGRACJAMI W MIASTACH był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

Projekt ‘WARSZAWSKIE CENTRUM WIELOKULTUROWE’ był współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu na rzecz Integracji Obywateli Państw Trzecich oraz budżetu państwa. Wyłączna odpowiedzialność spoczywa na autorze. Komisja Europejska nie ponosi odpowiedzialności za sposób wykorzystania udostępnionych informacji.

LOKALNE MIĘDZYSEKTOROWE POLITYKI NA RZECZ INTEGRACJI IMIGRANTÓW Projekt realizowany był przy wsparciu Szwajcarii w ramach szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej.